Sir Tim Clark - jeden z największych wizjonerów branży lotniczej

Wraz z odejściem na emeryturę Tima Clarka, prezesa firmy Emirates, branża linii lotniczych straci w tym roku jednego ze swoich największych wizjonerów. W czasach, kiedy kierownicy linii lotniczych zmieniają się regularnie, Sir Tim był częścią niesamowitej historii Emirates od samego początku, już w 1985 roku - historii, która została ukształtowana przez jego wizje masowego podróżowania.

Pomysł narodził się w jego głowie, gdy we wczesnych latach 70 dołączył do British Caledonian Airways (BCAL). Podczas pracy przy odprawach w BCAL był zszokowany tzw. „efektem Lakera”. Wyjaśnił go kiedyś portalowi AirlineRatings.com mówiąc, że przyjdzie do pracy, a „śpiąca kolejka” będzie gotowa zapłacić za tanie, codzienne loty Sir Freddiego Lakera do Nowego Yorku. „Kiedyś nie było czegoś takiego jak bookowanie, więc kiedy samolot DC-10 był już pełen, to osoba dla której nie starczyło miejsca musiała przyjść następnego dnia, zajmując początek kolejki. Im to nie przeszkadzało”.

Lecz pasja Sir Clarka do rzeczy, które latają, narodziła się wiele lat wcześniej - jeszcze w czasach, gdy jego rodzina żyła w Borneo. W wieku pięciu lat przywiązał liście do rąk i próbował polecieć. Skończyło się to katastrofą - najpierw poczuł uderzenie w głowie, następnie wybił sobie zęba. Podczas gdy ta próba wzbicia się w przestworza zakończyła się porażką, a także siniakami na udzie, to miłość do latania przetrwała i nadała wiatr w skrzydła branży linii lotniczych. Sir Tim bezpośrednio i stanowczo wpływał na design prawie każdego ważniejszego, dalekodystansowego samolotu latającego w dzisiejszych czasach.

Pierwszym samolotem, który został dotknięty jego „czarodziejską różdżką” był słynny Boeing 777. W 1999 roku zespół Boeinga starał się nadać projektowi większe nogi i „bawił się”, wg. Tima, z małym silnikiem wspomagającym w ogonie. Sir Tim podczas rozmowy z autorem tego konceptu, wyśmiał go i zażądał naprawdę porządnego silnika, który miałby większą moc. Boeing posłusznie wysłuchał żądań wizjonera, a modele 777-300ER i 777-200LR były wyposażone w potężny silnik General Electric GE90. Przedsiębiorstwo Emirates zamówiło 144 sztuki.

Sir Clark następnie skupił swoją nieskazitelną niczym oszlifowany diament uwagę na Airbusa, konkretnie model A380. Jego innowacje miały na celu kształtować samolot i zapewnić mu znacznie większy sukces. Kolejnym celem rezolutnego biznesmena było przekonanie Airbusa do zrobienia swojego nowego twin-jeta A350 z materiałów kompozytowych, a nie z aluminium. Airbus, podobnie jak Boeing posłuchał, a słupki wyskoczyły w górę jak sprężyna, ze sprzedażą na poziomie 1000 egzemplarzy.

Jego „pieśnią łabędzią” (z ang. swan song - metaforyczne określenie na ostatni etap pracy, osiągnięcie lub wystąpienie danego człowieka) jest bez wątpienia Boeing 777X, który zacznie latać już w tym miesiącu. Mocno usprawniona wersja 777-300ER zawdzięcza swój wygląd i wydajność wymaganiom Sir Tima. Maszynę nazywa teraz „brzoskwinią” i zamówił 115 sztuk dla Emirates. Model ten ma przyćmić sprzedaż wcześniejszych samolotów w ciągu zaledwie 20 lat. Nie ma wątpliwości, że te maszyny nie osiągnęły by takiej wydajności, gdyby nie zdeterminowane dążenie Sir Tima do doskonałości projektowej.

W przeciwieństwie do innych prezesów linii lotniczych, Sir Tim, doskonale zna się na samolotach i silnikach co pomaga mu ciągle rozwijać i rewolucjonizować technologię maszyn powietrznych. Emirates pod wodzą Sir Tima ewoluowały jako prawdziwa, globalna linia lotnicza, tak jak Pan American World Airways w latach 50 i 60. Sir Tim mówi, że jest „ciągle zaskoczony przepływem ruchu” jaki powstaje kiedy uruchamia swoje nowe usługi. Nic dziwnego - Emirates jest obecnie największą, międzynarodową linią lotniczą na świecie, która przetransportowała ponad 60 mln pasażerów w zeszłym roku, z flotą 259 samolotów i kolejnych 203 na zamówienie. Obsługuje 158 miejsc docelowych w 84 krajach.

Sir Clark otrzymał tytuł szlachecki za swoje zasługi dla przemysłu lotniczego i dobrobytu brytyjskiego w 2014 roku. Mimo licznych przeciwności, przebył bardzo długą drogę, aby znaleźć się w miejscu w którym obecnie jest.